18 lutego 2017

Zrezygnowałam z kursu i co teraz?

Intensywny kurs niderlandzkiego to super sprawa. W zeszłym roku w ten sposób zrobiłam trzy i pół poziomu, dokładnie 2.1, 2.2 i 2.4 plus najważniejsze tematy oraz gramatykę z 2.3 (stąd to pół). Nasza nauczycielka była bardzo wymagająca a grupa nastawiona na naukę (są grupy w których ludzie nie do końca wiedzą, po co się chodzi do szkoły - chodzą np by pogadać sobie po francusku albo po polsku z koleżankami czy kolegami, chodzą by im dali papier przy czym oburzają się,  że ktoś od nich oczekuje wykonywania jakichś "głupich" ćwiczeń w klasie ("no myśli ja bedę gadać z jakiemiś Arabami, Chińczykami, Polakami, kobietami"), robienia zadań domowych ("no myśli, że ja mam czas w domu"), nie akceptują faktu, że rozmowy w innym języku niż niderlandzki nie są mile widziane i że nauczyciel tylko w takim języku mówi (głównie na poziomie 1.1 i 1.2, ale nie tylko) co jednak nie stanowi problemu w zrozumieniu tego co mówi, o ile ktoś raczy łaskawie słuchać a nie gadać z sąsiadem przez całe lekcje. W mojej pierwszej grupie był też typ, który rzadko bywał na lekcjach, a potem robił nauczycielce awanturę, że ona nie mówi po francusku, oczywiście mając w dupie fakt, że nie cała grupa w tym języku rozumie, ważne że on by rozumiał. Nic to. W mojej grupie w Mechelen byli akurat sami normalni ludzie, dzięki czemu przez tamten rok zrobiłam bardzo duże postępy jeśli chodzi o język niderlandzki. Mniej lub bardziej znajomi Belgowie, w tym nauczyciele niderlandzkiego (nie moi) chwalą, że mówię już bardzo dobrze, czasem oczywiście mnie poprawiają, jak robię jakieś podstawowe śmieszne błędy i to jest dobre, bo łatwiej się zapamiętuje się takie pojedyncze uwagi. Sama widzę swoje olbrzymie postępy. Po czym to stwierdzam? Zapytacie pewnie. Nie tylko po opiniach znajomych, bo "dobrze mówisz"  słyszałam już stopniu 1.2 hehe.
Swoje postępy oceniam np po wywiadówkach szkolnych :-) To bardzo miarodajny - moim zdaniem - test. 
Pierwszy raz "rozmawiałam" z flamandzkimi nauczycielami w 2013 roku w listopadzie. Nie rozumiałam ani jednego słowa :-) Na pierwszej wywiadówce byłam ze znajomą, która tłumaczyła. Nadal nie kumałam nic z tego co one mówiły.
W maju/czerwcu 2014 byłam się w stanie już jako tako porozumieć w podstawowych sprawach, prostymi słowami. Ciągle na poważniejsze rozmowy musiałam chodzić z tłumaczem.
Pierwsze wywiadówki w szkole średniej odbywały się z pomocą polskiej nauczycielki matematyki z tejże szkoły. Sporo rozumiałam sama, ale trudniejsze rzeczy musiała ona tłumaczyć i wyjaśniać.
Na ostatnich wywiadówkach w poprzednim roku szkolnym była nadal czasem obecna pani Edyta, ale w sumie to głównie rozmawiałyśmy wszyscy po niderlandzku. 
Byłam też na dwóch uroczystych rozpoczęciach roku (przywitaniach pierwszaków) w tej samej szkole (czytaj: dyrektor nawija zawsze o tym samym). Na pierwszym zrozumiałam piąte przez dziesiąte, na tegorocznym prawie wszystko. 
Oczywiście mam świadomość, że nauczyciele (i inni ludzie też) mówią do mnie prostszym językiem i zwykle wolniej niż do "swoich" i jeśli idzie o szybką wymianę zdań, dyskusję prowadzoną przez Belgów, czy choćby audycje radiowe to już wyższa szkoła jazdy i nie wszystko rozumiem. Ba, czasem prawie nic, jak nawijają za szybko lub z jakimś lokalnym akcentem czy tym bardziej dialektem, to nie ma szans.

Tak, ten problem załatwił by w dużej mierze poziom 3, który składa się z dwóch części. Jednak ostatnio powiedziałam sobie dość. Dlaczego? Bo mi się siła skończyła. Dlatego. Jak człowiek budzi się w nocy i przypomina sobie, że najprawdopodobniej zapomniał wytrzeć do sucha wanny u pani A albo odstawić na miejsce rzeczy w pracowni u pana B, albo nie jest pewien czy jutro pracuje u pani C czy też D a może u obydwu, albo w połowie pracy musi 3 razy siadać na schodach bo ma zawroty głowy, to znaczy że pora z czegoś zrezygnować i dać se na luz. No z pracy przeco nie zrezygnuję, najchętniej to bym więcej pracowała, bo potrzebujemy jeszcze dużo więcej pieniędzy by żyć swobodnie i nie martwić się, gdy nagle wypadną jakieś większe wydatki, a takich momentów nie brakuje.

Mój poziom językowy na dzień dzisiejszy jest wystarczający by normalnie funkcjonować w belgijskim społeczeństwie. Bez większych problemów jestem w stanie porozumieć się w szkołach, u lekarzy, w urzędach, w pracy, z sąsiadami i znajomymi. Mam też wystarczające kompetencje językowe do starania się o tutejsze obywatelstwo w przyszłości. W związku z czym po przemyśleniu stwierdziłam że spokojnie mogę zluzować ze szkolną nauką, która jest bezsprzecznie metodą najefektowniejszą, ale wszak nie jedyną na poprawę swoich umiejętności językowych.

Jakie są inne sposoby? Różne, każdy ma swoje. Ja opowiem o moich.

Mowę najlepiej szlifować podczas rozmów z innymi ludźmi. Robię to na  co dzień w robocie, w sklepie, w urzędach, w szkołach, u lekarzy etc.

Już wspominałam chyba, że wybierając się do jakiegoś specjalisty zawsze czytam wcześniej strony z poradami medycznymi na dany temat, wypisuję interesujące mnie słownictwo i zapamiętuję. Często dowiaduję się przy okazji, czego mogę się spodziewać na wizycie u danego znachorologa w Belgii i jakie są różnice pomiędzy Belgią a Polską, a czasem są duże zarówno w kwestii podejścia do człowieka, wyposażenia gabinetów jak i metod badań i usług, które są w "standardzie" (czyli bez dodatkowych niespodziewanych opłat i wizyt w innych placówkach). Ale o tym napiszę osobny post kiedyś. Podobnie zapoznaję się z nowymi słówkami szykując się do jakiejś rozmowy w urzędzie, która dotyczy konkretnego tematu.

Myślę o tym, by zacząć uczestniczyć w lokalnych cafe combine.
Co to jest? Ano miejsca, w których w określonym czasie spotykają się ludzie uczący się niderlandzkiego, którzy chcą sobie w tym języku pogadać i przy okazji nawiązać nowe znajomości. W spotkaniach tych uczestniczą również miejscowi wolontariusze, czyli rodowici Belgowie, tudzież inni dobrze władający tym językiem. W mojej okolicy (w promieniu 10 km) jest np dwa takie miejsca. Raz na miesiąc spotkania odbywają się w jednej z bibliotek publicznych, inne mieści się w kafejce. Czekam tylko żeby się ociepliło, bo - co tu dużo gadać - nie chce mi się na rowerze jeździć w zimno i to po ciemku jeśli nie muszę, a wiadomo że te spotkania to raczej wieczorami, jak ludzie mają czas.

Kolejny pomysł - na trochę dalszy czas (np lato z długimi wieczorami) to zapisać się na jakiś kurs dla dorosłych, ale nie językowy. Na przykład szycie, robienie na drutach, fotografia, gotowanie... w CVO jest tego od groma nawet u nas na wsi, a kosztuje zwykle do 200€ plus oczywiście ewentualne produkty czy inne gadżety. Podczas takich kursów też - podobnie jak wyżej - zawsze jest okazja do poznania ludzi i pogadania po niderlandzku, a przy okazji nauczyć się można czegoś pożytecznego.
http://www.cvodeverdieping.be/cursussen-en-opleidingen

Od jakiegoś czasu słucham też systematycznie radia z telefonu, zamiast - jak wcześniej - empetrójek. Moją ulubioną stacją jest Radio 2. Dużo gadają na różne tematy i przy okazji można się wiele rzeczy dowiedzieć. No i grają dużo Flamandzkiej muzyki, co jest dużym plusem. Nie jest tajemnicą,  iż najbardziej popularne stacje ogólnie działają mi na nerwy - wszędzie te same kawałki w języku angielskim po kilka razy każdego dnia (zarówno w polskim RMFie, Zetce, czy tutejszym MNM lub Qmusic) i to takie na jedną nutę z sensem zerowym (jedno zdanie wkoło) ot muzyka dla niedorozwojów. Dlatego właśnie Radio 2 mi odpowiada bo jest bardziej swojskie i urozmaicone (jak  i polskie lokalne - kiedyś słuchałam Radia Rzeszów). Tylko czasem się wkurzam, jak o czymś bardzo interesującym mówią, a nie wszystko mogę zrozumieć, ale to tym bardziej motywuje do słuchania, bo im więcej słucham, tym więcej rozumiem, z kontekstu uczę się też nowych słówek, no i osłuchuję się z wymową.

Kolejna rzecz, to to co tygrysy lubią najbardziej, czyli czytanie. W necie czytam od czasu do czasu artykuły http://www.nieuwsblad.be/. Nie jest to gazeta wysokich lotów, bardzo nastawiona na sensację (im więcej makabry i nieludzkich zachowań tym lepiej się sprzeda), ale artykuły są dla mnie zrozumiałe i czasem dobrze pierdół poczytać. Gdy jestem w jakimś dużym mieście na dworcu lub jadę gdzieś pociągiem, sięgam też po Metro. Dla niewtajemniczonych Metro jest belgijską gazetą codzienną wydawaną w języku francuskim i niderlandzkim (dwie różne gazety dostępne zależnie od regionu w adekwatnym języku), którą za darmo można sobie wziąć ze specjalnych stojaków na większych dworcach pociągowych. Przynajmniej rano, bo po południu zwykle już nie ma szans. Często leżą też w pociągach, bo ktoś przeczyta i zostawi na półce lub na siedzeniu i wtedy można skorzystać. Artykuły są krótkie, pisane w miarę prostym językiem. Polecam.

Od jakiegoś czasu czytam też książki. Zaczęłam w sumie już w pierwszym roku w Belgii... od tych dla przedszkolaków :-) Potem zaczęłam czytać książki dla młodzieży, których mamy trochę w domu, bo podostawaliśmy od różnych ludzi. Na początku jednak zbyt wiele nie rozumiałam i wkurzało mnie, że muszę co 5 minut zaglądać do słownika. To mnie zniechęciło, a gdy dostałam czytnik e-booków, a co za tym idzie nieograniczony dostęp do polskich książek, które mogłam sobie kupować przez internet (w takim np Virtualo przy promocji za 10 € można i 3 niezłe powieści kupić a zamówienie, zapłacenie  i pobranie książki nie trwa więcej niż wypicie kubka kawy), zapomniałam o czytaniu po niderlandzku. Nagle przyszedł taki dzień, że młoda zapomniała, że miała przeczytać książkę (miała na to 3 miesiace!) i ja też zapomniałam że ona ma czytać, no i nagle na "za tydzień" trzeba było się przygotować do odpowiedzi. Oni tu dostają schemat przygotowań do omówienia lektury, który to schemat trzeba wykonać punkt po punkcie - a tam są pytania typu: dlaczego tę książkę wybrałeś? o czym ona jest? gdyby kręcili film to kogo chciałbyś zagrać, a kogo nie i dlaczego? Wymyśl alternatywne zakończenie albo kontynuację? i temu podobne, czyli zupełnie inaczej niż w Polsce - większa swoboda wypowiedzi, pole do popisu i fantazji, bardziej kreatywne zadania. Jednak książkę przeczytać trzeba. W tym wypadku było nakazane przeczytać dowolną książkę Ronalda Dahla. W domu mieliśmy Matyldę. Nie jest to jakieś opasłe tomisko, ale jednak w obcym języku. Przeczytałam na poczekaniu w ciągu kilkunastu minut, częściowo na głos wybierając co ważniejsze rzeczy dla Młodej (polecam - ładna opowieść, po polsku też jest). Potem razem przeczytałyśmy wikipedię i inne podobne cudowne źródła i przygotowałyśmy się do odpowiedzi. Jednak przymusowa lektura tej bajki uświadomiła mi, że czytanie ze zrozumieniem po niderlandzku jest już możliwe. Postanowiłam spróbować więc trudniejszych rzeczy. Po przeczytaniu połowy Zmierzchu (więcej nie dałam rady ze względu na bardzo drobny druk - 40letnie oczy bardzo się męczą przy czytaniu przy lampce nocnej, a książka nie ma takiego fajnego podświetlania jak czytnik niestety) potwierdziłam poprzednią teorię. Rozumiem, co czytam. Nie muszę tłumaczyć każdego słowa, którego nie rozumiem, bo nie jest to konieczne do zrozumienia tekstu jako całości. Jednak od czasu do czasu sięgam po słownik albo translator googla w telefonie, by sprawdzić słowo które widzę po raz dziesiąty w tym samym rozdziale, a tylko się domyślam, co ono znaczy. Zapisuję te słowa wraz z tłumaczeniem. Notuję też wyrazy, których  pisowni nie mogę zapamiętać, a także zwroty które rozumiem, ale które uznaję za przydatne w mowie codziennej. Ta lista leży na podorędziu i sobie do niej zaglądam. Na razie mam jedną stronę A4 zapisaną wyrazami z przeczytanych powieści i bajek dla dzieci. Bo właśnie trzeba tu wspomnieć, że odkąd bywam raz w tygodniu w bibliotece, wypożyczam tam tygodniowy zapas bajek dla Młodego i czytamy je co wieczór. To też jest dla mnie doskonałe ćwiczenie, a ile nowych słówek żeśmy się nauczyli. Młody sam czasem pyta, co znaczy dany wyraz i oczywiście stara się go zapamiętać. Tylko nie jestem pewna, czy to jest tak całkiem dobre dla mojego syna, wszak moja wymowa i akcent pozostawia sobie baaaardzo wiele do życzenia.

Od czasu do czasu zaglądam też na https://www.nedbox.be/
Strona z filmikami i artykułami o zwyczajach i codziennym życiu Belgii uzupełnianymi na bieżąco, do których dołączone są ćwiczenia na różnym poziomie. Na początku bardzo dużo z niej korzystałam, teraz mi się już trochę znudziło no i ćwiczenia są dosyć łatwe, czyli trochę nudne.

Od czasu do czasu muszę też oczywiście coś napisać po niderlandzku. Napisałam kilka nowych postów, ale nie mogę się zabrać za ich poprawienie... nnnno zwyczajnie nie chce mi się i już (ale kiedyś je opublikuję) a i czasu nie mam zbyt wiele. Zdarza mi się pisać też mejle w sprawach różnych - najczęściej do szkoły, bo to - jak wiadomo - wylęgarnia problemów wszelakich. Wtedy bardzo przydaje się strona http://www.vandale.nl/ Słownik języka niderlandzkiego, w którym sprawdzimy odmianę przez czasy i dowiemy się czy rzeczownik jest het czy de. Znajdziemy tam też oczywiście znaczenie danego słowa i przykłady jego użycia (po niderlandzku rzecz jasna). 

To moje pomysły na ćwiczenie i doskonalenie języka obcego. Na tymczasem wystarczy. Gdybym miała więcej siły i czasu najchętniej jednak chodziła bym na lekcje. Niestety zdrowie mam tylko jedno, a ono ma 40 lat i już się trochę wyeksploatowało. Już nie dam razy robić tego, co bez problemu robiłam 20 czy choćby 10 lat temu. Nie dam rady np siedzieć po nocach. Praca zaś, którą wykonuję w połączeniu z dojazdami rowerem są zaś diabelnie męczące w związku z czym chodzę spać z kurami, czyli w godzinach 20-21, a bywa że i wcześniej. Tylko w ten sposób jestem w stanie wstać jakoś normalnie o 6.30 i ogarnąć poranny bajzel (czytaj: wyprawić troje dzieci do szkoły, wyprać i samemu zjeść śniadanie oraz wypić kawę) a potem dojechać do pracy, przepracować co jest do przepracowania, wrócić, ugotować, czasem posprzątać, ogarnąć problemy szkolne  i ewentualne medyczne całej Trójcy. Fajnie też znaleźć z godzinkę dla siebie i/lub męża, ale czasem z tym trudno. Często jest tak, że tworzę rano w głowie listę rzeczy, które mam zrobić tego dnia. Potem je odptaszkowuję po kolei. W końcu mam już tylko: ugotować, odebrać Młodego, wydać obiad rodzinie i o 17.30 będę wolna... Zrobione. Zrobione. Zjedzone. Usiadłam... I kurwa nie mam sił by wstać i pójść się wykąpać po całym dniu. Nie mam sił ani nawet minimalnej chęci, by włączyć laptop, odpisać na mejle, zagadać do znajomych,  czy otworzyć książkę. Nie mam sił  by pójść do kuchni po kakao, nawet by pogadać czy się uśmiechać. Mam nadzieję, że to tylko przesilenie wiosenne i że wraz z ciepłem i słońcem przybędzie mi energii i chęci. Pisać też mi się nie chce tak nawiasem mówiąc. Mam wiele rozpoczętych postów na tematy różne, ale nie wiem, czy kiedykolwiek zostaną opublikowane.