12 marca 2017

I świat nabrał nowych barw, ale problemy wciąż te same

Wydawać by się mogło, że po zrezygnowaniu z wizyt w Mechelen powinnam zyskać kilka wolnych godzin w tygodniu, jednak czasoprzestrzeń jest niepojęta... Bardzo szybko każda dziura wypycha się innymi zajęciami. Tyle, że chodzimy wcześniej spać i to jest dobre. Jednakże ze zmęczeniem jeszcze walki nie wygrałam. Kładziemy się spać o 20 by wstać o 6 nadal bez sił do życia.  Przez ostatnie tygodnie pozwoliłam sobie zapomnieć o stałej porcji magnezu  i właśnie trzeci dzień tego żałuję, bo po przedwczorajszym skurczu mięśni jeszcze dziś nie mogę chodzić normalnie. Stan psychiczno-emocjonalny też nie za bogaty. Przesilenie wiosenne, wiek, niekończące się problemy rodzinno-zdrowotno-szkolno-organizacyjne i zwykły codzienny zapierdziel są w stanie rozwalić najlepsze zdrowie.
ścieżka rowerowa
Powiadają jednak, że ku wiośnie idzie, zatem pozostaje liczyć że większa dawka promieni słonecznych doda nam trochę sił i energii tak potrzebnych przy  codziennych zmaganiach  z przeciwnościami losu. Człowiek bowiem najwidoczniej ma gdzieś wbudowane baterie słoneczne, bo im więcej słońca tym lepiej funkcjonuje, im mniej - tym gorsze samopoczucie. 
wiosna
Tymczasem odptaszkowaliśmy kilkanaście punktów z niekończącej się listy zadań do wykonania.

W lutym doczekaliśmy się w końcu na wizyty u okulisty, na które towarzystwo zapisałam jeszcze  jesienią. M okularów nie potrzebuje na razie uff. Okulista bardzo sympatyczny gość, ale dziwił się, że córka zażyczyła sobie cyfry zamiast liter. Pytał, czy chodzi do szkoły. Kurde gość po medycynie to chyba powinien z grubsza jarzyć, że o wiele łatwiej jest w języku obcym opowiedzieć historię życia całymi zdaniami niż przeliterować wyraz. Niby te litery podobnie się wymawia w niderlandzkim i polskim a jednak każda litera brzmi inaczej - samogłoski są zmulone, bo Belgowie nie rozdziapiają gęby przy mówieniu jak my Polacy. Spółgłoski to już w ogóle masakra jakaś w czytaniu alfabetu, choć w wyrazach większość można czytać po polsku i zrozumieją o co ci chodzi. Nie dawno rejestrując się telefonicznie do jakiegoś medyka musiałam przeliterować swoje nazwisko (bo imię przeco mam "flamandzkie") i pani z rejestracji powtarzała każdą literę po flamandzku - wyraźnie podkreślając intonacją że ja wymawiam nieprawidłowo... A ten tam się pyta czy ona nie chodzi do szkoły, że liter nie zna i nie daje mu do myślenia, że on sam nawet mojego nazwiska nie jest w stanie powtórzyć prawidłowo, nie mówiąc o samodzielnym przeczytaniu. Oł je BRUD-PIETRZYK po flamandzku brzmi mniej więcej: bryyd pitr%&#%$.... pitrijk? Tja! W większości sklepów pytają o kartę klienta, gdy już się ma takową, wystarczy podać nazwisko. Już nawet się nie fatyguję, od razu podaję dowód. Gdy zaczynam grzebać w portfelu sprzedawca zwykle mówi, że dowód nie potrzebny, po spojrzeniu nań jednak zmienia zdanie "OMG". Co bardziej dociekliwi pytają jak się to wymawia i nawet próbują powtarzać. "Pietsik" to najlepszy rezultat. A jakby musieli powiedzieć "Pietrzyk ze Strzyżowa"?

No ale dobra, zostawmy problemy językowe, bo o ocznych być miało. W tym tygodniu byliśmy po okulary u optyka. Trochę mieliśmy cykora, bo ludzie straszyli nas, że ceny okularów są tu koszmarne. Jednak nie jest źle. Optyk zapytał czy "mooi en goedkoper?" (ładne i tanie) oprawki i takie dziecięciu znosił do przymierzania. Uprzednio za podpowiedzią koleżanki wyguglowaliśmy na stronie naszego ubezpieczyciela u jakich optyków możemy liczyć na zniżki, bo się okazuje że w Belgii nie jest wszystko jedno do jakiego optyka pójdziemy. Córa wybrała oprawki z Esprita za 120€, a szkła były jakieś ponoć lepsze w promocji po 50€, czyli zapłaciliśmy niewiele ponad 200€, z czego z połową zwrócą, czyli że tak powiem nie ma armagedonu :-) Na drugi dzień okulary były już do odebrania.

Najstarsza założyła okulary, wyszła od optyka, rozejrzała się i rzekła:
- No, i świat  nabrał teraz nowych barw, muszę się do tego przyzwyczaić.


 Teraz chyba moja kolej  zarejestrować się do okulisty, ale M ostatnio przyniósł niepokojącą informację od kolegów z pracy, że rzekomo po czterdziestce nie ma żadnych zniżek na bryle. Jeszcze tego nie weryfikowałam, ale jeśli to prawda to moje okulary mogą być droższe, bo do okulisty czeka się 3-4 miechy, czyli przed 40 urodzinami się nie wyrobimy niestety. No ale co tam się na zapas będziemy martwić.

W tym roku postanowiliśmy zapisać wreszcie dziewczyny na kamp, po naszemu "na kolonię". We Fladrii każde dziecko jeździ co roku na przynajmniej jeden kamp. Letnie wakacje obowiązkowo, poza tym wielu zapisuje też dzieci na kampy podczas innych ferii. W zeszłym roku dziewczyny jeszcze nie były psychicznie gotowe, bowiem pytaliśmy i kategorycznie powiedziały "NIE". Jednak w zeszłym roku byliśmy w Polsce, więc wakacje jak najbardziej udane i o wiele bardziej kosztowne niż taki kamp - do dziś spłacamy :-) Przestudiowałam z dziewczynami kilka stron instytucji, które zajmują się organizowaniem czasu wolnego dzieciom i młodzieży, zapoznałam się z zasadami zapisów, opłat, ubezpieczeń etc. Muszę rzec, że po zapoznaniu się z ofertą wakacyjną byłam wręcz zszokowana. Wiedziałam, że są kolonie tematyczne, bo koleżanki naszych dziewczyn jeździły na kampy kulinarne, taneczne, judo, tenisa, zagraniczne językowe, w sąsiedztwie mamy stajnie które organizują półkolonie z końmi. Jednak to co zobaczyłam spowodowało opad szczęki. Z ciekawszych:
Kolonia w zoo, gdzie dzieci opiekują się zwierzętami i nocują na terenie ogrodu zoologicznego.
Kolonia z delfinami. 
Graffiti kamp, na którym młodzież uczy się graffiti od profesjonalistów.
"Only Girl Power Deluxe" zajęcia dla dziewuch z profesjonalnym wizażystą, sesja fotograficzna, 7 godzin jazdy limuzyną.
Dronekamp - zabawy z dronami. Inne to np: fotograficzny, paintbal, surviwal, surfing, wspinaczkowy w górach, kajaki, kamp gier komputerowych i dziesiątki innych. Myśmy przeglądnęły tylko te dla nastolatek, ale na kolonie można tu wysyłać już czterolatki.  Z tym, że maluchy wyjeżdżają tylko na 3 dni, no i oczywiście są też półkolonie dla każdego wieku.

Ceny oczywiście są bardzo zróżnicowane, widziałam obozy i po 600€ za tydzień, w tym kulinarny za 530€ i się nawet zastanawiałam co oni tam gotują i z czego, gdyż obozy na plaży w Hiszpanii czy górski we Francji, nad którymi dumały chwile moje młode, były połowę tańsze. 

Dziewczyny chciały jechać we dwie na ten sam obóz, bo zawsze to raźniej, ale mają odmienne zainteresowania i nie mogły się dogadać. Najstarszej podobają się wysokości - park linowy, wspinaczka w górach, ale Młoda trzęsie portkami. Ona by chciała jakieś łódki, surfing. W końcu stanęło na parku wodnym a w zasadzie parkach w Belgii i Holandii. 5 dni moczenia kupra za 270€. Zapisaliśmy je od razu i zapłaciliśmy, bo nie orientuję się jak jest z popularnością tego obozu. Jednak zauważyłam że niektóre, co ciekawsze już miały niektóre terminy wakacyjne zajęte w styczniu. 

Może się  dziwne wydawać planowanie wakacji w lutym, jednak w tym kraju - taka moja osobista refleksja - czas płynie o wiele szybciej niż w Polsce i zanim się obejrzymy już będzie koniec czerwca. Cholera tam pracowałam na cały etat będąc samotną matką dwójki małych dzieci, mając jeszcze dodatkowe zajęcia wiejskie od czasu do czasu typu wykopki, żniwa, rąbanie drzewa na opał, a mimo to miałam jakoś więcej czasu i byłam tysiąckroć mniej zmęczona niż teraz. 


Mój osobisty plan na wakacje mieści się zatem w jednym słowie ODPOCZYNEK. Nic nie robić, nie mieć zmartwień, chłodne piwo w cieniu pić... Liczę, że w tym roku odpocznę, bo nie zamierzam nigdzie jechać. Nie licząc jednodniowych wypadów na plażę, czy inne tego typu miejsca, gdzie nie trzeba nic robić. Choć biorąc pod uwagę nasze pomysły na najbliższą przyszłość to z tymi wakacjami i naszym czasem też różnie jeszcze być może. Jednym z pomysłów jest np zrobienie dodatkowego pokoju na strychu o ile właściciel nie będzie miał nic przeciwko (a raczej nie powinien), co może być mało relaksacyjnym choć niewątpliwie fajnym i  przyjemnym zajęciem. Są też inne mniej lub bardziej szalone plany, ale o tym może innym razem a może nie.


Najważniejsze, że nasz najmłodszy skarb wreszcie się wyprowadził do swojego pokoju. Jeszcze się nie przyzwyczailiśmy do nowej sytuacji, jeszcze nie możemy w to uwierzyć nawet. Jesteśmy na etapie dostosowawczym. Ostatnie tygodnie przed urodzinami przygotowywaliśmy go do tego. Wyznaczyliśmy sobie i jemu konkretny moment, którym miały być jego piąte urodziny. Pięciolatek jest już bardzo dużym chłopcem i nie może spać z rodzicami, ani do nich przyłazić w środku nocy. Pięciolatek jest bardzo odważnym chłopcem i nie boi się być sam w swoim pokoju. Tylko małe dzidziusie chcą spać z rodzicami, a on nie jest chyba dzidziusiem... Obiecaliśmy wysokie łóżko z biurkiem pod spodem, ale póki co przynieśliśmy ze strychu stare metalowe łóżko dziewczyn, takie zwykłe, bo trzeba sprawdzić czy Młody nie spada z łóżek, tak jak jedna z jego siostrzyczek... Do dziś pamiętam jak budził mnie w nocy łomot a potem słyszałam "to tylko ja mamusiu, już wchodzę na łóżeczko z powrotem". 

Młody poczuł się dużym chłopcem, bo ma duże łóżko (choć nie wiem czy materac 2x2m można nazwać małym). Wypracowaliśmy też już specjalny rytuał: mama czyta jedną lub dwie książki, śpiewa kołysankę (typu Stary Donald farmę miał, Miała baba koguta albo jedziemy na wycieczkę bierzemy misia w teczkę - im głupsze tym lepsze), wyjaśnia niewyjaśnione, przytula chłopca i misia, mówi dobranoc wszystkim zwierzętom i innym zabawkom po kolei i może iść po tatę. Tata obowiązkowo musi pójść przytulić, bo jak nie pójdzie, to Młody przychodzi. Czasem przychodzi i tak i próbuje się wkręcić na nasze łóżko, ale odprowadzamy i dousypiamy. W nocy nie przychodzi o dziwo, jeśli zaśnie u siebie. Miejmy nadzieję, że nie zachoruje w najbliższym czasie zanim się nie zaadoptuje całkowicie do nowej sytuacji, bo to mogło by zakłócić system. Już były takie okresy, w których nasz synio zasypiał i budził się u siebie, ale potem przychodziła choroba, kiedy nie mógł spać, kaszlał, wymiotował, gorączkował a my robiliśmy ten błąd, że zamiast spać u niego, pozwalaliśmy mu spać u siebie, a małe gnojki szybko się przyzwyczajają do dobra. Młody zaś okropny pieszczoch się zrobił teraz. Pomyślałby kto, że jako niemowlak nie pozwalał się kołysać i przytulać nawet własnej matce. Teraz za to lubi tulenie, całusy, głaskanie i pieszczochanie. Chyba to jednak taki wiek, bo podczas urodzin zaobserwowałam, że jego rówieśnicy płci obojga mają podobnie. Jakby nie patrzeć jestem dla nich obcą osobą, ale ładowało mi się to po dwoje czy troje na kolana. Kolejne dwa stworzenia siedziało na kolanach u innej mamy. Słodziaki. Bardzo fajny wiek takie przedszkolaki.

Choć i nasze nastocórki też są w bardzo fajnym wieku. Uwielbiam ich humor, dowcipy, przekomarzania i oryginalne pomysły. Czasem się wkurzę i nadrę pyska, ale muszę też rzec, iż coraz rzadziej się to zdarza, bo nie dają mi ku temu zbyt wielu powodów.

Ostatnio zrozumiałam też w końcu, że głównym powodem, dla którego się wkurzam na własne dzieci jest szkoła, bo oczekiwaniem tego systemu jest by każda istota żyła według określonego szablonu, a jak ktoś nie pasuje do owego szablonu staje się dla systemu wrogiem.

Przypomniało mi się, że kiedyś byłam najlepszą uczennicą w klasie, co roku otrzymywałam świadecwto z tzw paskiem, ale ani razu moja mama nie wróciła z wywiadówki zadowolona z workiem pochwał dla swojej córki. Zawsze były tylko i wyłącznie problemy, bo ja się nie zgłaszam na lekcji (jak zapytają to wie, ale się nie zgłasza! - rodzice mnie od urodzenia uczyli że dzieci się nie odzywają niepytane, bo dzieci i ryby głosu nie mają, więc logiczne chyba do cholery że czekałam aż mnie zapytają!), bo ja czytam tylko książki o zwierzętach (ciul z tego że najwięcej z całej klasy, z całej szkoły jak tylko przyrodnicze - tragedia po prostu), że nie mówię "Dzień Dobry" ....wiedząc że jestem nieśmiała, ale uważając nieśmiałość za synonim chamstwa i bezczelności a nie problem psychologiczny. Dziś niby pod tym względem wiele się zmieniło, zauważa się problemy dzieci i młodzieży i próbuje się im pomóc. Jednak mając córkę z podobnymi jak ja "problemami" widzę, że niektóre proste rzeczy nadal do niektórych nie dotarły. Takie dziwactwa jak ADHD, dysortografia, dysleksja itp są powodem do obniżania trudności zadań, zawyżania ocen, przymykania oczu, ale zwykła nieśmiałość już jest kurewskim problemem dla systemu szkolnego, bo uczeń musi mieć całą armię zajebistych koleżanek i kolegów, bo uczeń musi podnosić rękę, otwarcie mówić o swoich problemach, zadawać miliony pytań, nawet jeśli temat kompletnie mu wisi i powiewa, musi udawać kogoś kim nie jest, żeby pasować do systemu. Nie wystarczy że z każdym miesiącem jest lepiej i lepiej, że rezultaty są zadowalające, bo to ciągle za mało. Flamandzkie szkoły poświęcają więcej czasu każdemu poszczególnemu uczniowi, każdy przypadek jest rozpatrywany indywidualnie i dzieci oraz rodzice otrzymują tu wiele pomocy. Jednak system ciągle jest systemem i jeśli ktoś za bardzo się wyróżnia, trzeba go za wszelką cenę zreformować, bo dobro systemu jest najważniejsze. Jest to dla mnie bardzo zrozumiałe i oczywiste, co nie zmienia jednak faktu iż jednocześnie irytujące, bo jestem rodzicem istoty wielce oryginalnej i mało reformowalnej. Co więcej ową oryginalność mojej córki bardzo sobie cenię i uważam, że dzięki tej indywidualności może osiągnąć dużo więcej niż przeciętny szczur systemowy. Nie zamierzam zabijać jej indywidualności tylko dlatego żeby nauczycielom łatwiej się pracowało. Czy ktokolwiek mebluje swój dom z myślą o tym, by mi czy innej sprzątaczce lepiej się sprzątało? Nie, bo każdy myśli o swojej wygodzie, nie czyjej.

Moja córka nie krzywdzi ani nie obraża nikogo (w przeciwieństwie do swoich klasowych kolegów), nie niszczy szkolnego sprzętu ani otoczenia, nie drze ryja na lekcji, nie łazi po klasie bez pytania ani nie je na lekcji (w przeciwieństwie do swoich klasowych kolegów), nie przychodzi do szkoły w makijażu, z pomalowanymi pazurami czy w niestosownym stroju (jak jej niektóre koleżanki), ale to moja córka wymaga kontaktu z psychologiem a nie ta dzicz, która łamie co dnia połowę szkolnego regulaminu (nie dawno dostałam list z wieloma punktami łamanymi przez kolegów mojej Młodej , z której ona mogła się podpisać tylko pod spóźnianiem się). Muzułmanin, który chuj wie czego szuka w katolickiej szkole, może okazywać jawną pogardę koleżankom i nauczycielkom oraz na różne sposoby próbować ich upokorzyć a nawet pozbawić pracy,  ale to moja córka która jest zbyt cicha jest uczniem problematycznym Ha! Tak samo było w moich czasach - to ja byłam problemem bo nie pasowałam do systemu haha.

Jeszcze 2 lata temu martwiłam się o moje dziecię, bo nie mogłam z nią nawiązać kontaktu, była zagubiona i smutna, nie radziła sobie z rzeczywistością. Uporałyśmy się z tym wszystkim same Powolutku, krok po kroczku moja Najstarsza stała się wesołą, otwartą dziewczyną. W szkole jeszcze taka nie jest, ale do cholery nie od razu RZym zbudowano. W szkole też zrobiła ogromne postępy i robi każdego dnia, a że nie ma z wszystkich przedmiotów po 90% to co z tego? Ważne że z matmy  i plastyki ma najlepsze punkty z całej klasy, bardzo dobre z przyrody, z gotowania i z mody. Szyje ponoć jak stara krawcowa, robi fantastyczne projekty ubrań. Nie oczekuję że superowe wyniki będzie mieć z niderlandzkiego czy francuskiego - wystarczy że Młodsza zadziwia świat pod tym względem i czasem nauczyciele każą się wstydzić flamandzkim dzieciom, że tylko Polka potrafiła udzielić prawidłowej odpowiedzi. Każdy ma inny talent i inne predyspozycje, nie każdy też pasuje do systemu i temu będzie zawsze trudniej, ale też może odnieść większy sukces, gdy się uprze i postawi na swoim. Wiem, że z systemem nie wygram, ale będziemy próbować jakoś sobie radzić dalej wybierając złoty środek.