19 marca 2017

Gdy Polak z Polakiem po obcemu gada

Swego czasu opisywałam moje pierwsze i dalsze próby w porozumiewaniu się z Belgami, gdy to próbowałam się dogadać mieszaniną angielskiego lub niderlandzkiego i migowego. Gdyby się kto z boku temu przyglądał, miałby pewnikiem niezły ubaw. Jednak na zagranicy jeszcze lepsze jajca są, gdy Polak z Polakiem próbuje się dogadać w jakimś obcym języku, którego nie zna za bardzo. Jeszcze lepiej gdy każdy próbuje używać innego języka obcego, którego ten drugi nie zna.

Niektórzy - głównie ci którzy radości zagranicznego życia nie doświadczyli jeszcze - w tym momencie pewnie się zastanawiają co to trzeba mieć we łbie, żeby do swojego po obcemu gadać, zamiast jak człowiek po polsku.

Niestety my Polacy nie mamy jakichś specjalnych cech wyróżniających nas z tłumu i jeśli akurat nie recytujemy pod nosem litanii do pań lekkich obyczajów i ich synów albo nie gadamy z drugim rodakiem tudzież nie paradujemy w koszulce "Radio Maryja" to jak niby zgadniesz czy ja to Polak czy inny tam białas?

Są zatem sytuacje że los krzyżuje naszą drogę z rodakiem a ty nie wiesz, że to rodak i on nie wie, że ty rodak, a jednak macie jakiś wspólny interes i musicie się dogadać. Gdy mieszka się w obcym kraju, nie gada się do obcych ludzi po polsku tylko w języku którym w danej okolicy jest szansa się dogadać...

Na początek taka historia. Przychodzę do pracy, a tam ekipa remontowa zasuwa. Normalna rzecz w tym kraju. W domach klientów spotykam różnych przypadkowych ludzi - kominiarzy, elektryków, ogrodników, weterynarzy i różnych innych, którzy tak samo ja ja akurat są w pracy i wykonują jakieś zlecenie dla tego samego klienta, co ja. Zwykle nie gadamy ze sobą, bo nie przyszliśy na pogawędkę tylko do roboty, ale przywitać zawsze się wypada...
Ja: Goedemorgen
Oni: Bonjour.
Po tym przywitaniu już wiem, że firma prawdopodobnie ze stolicy, skoro po francusku się witają. Idę do swojej roboty, a oni robią swoje. Staramy się nie wchodzić sobie w drogę. Tu jak jest robota, to się nie stoi i nie gada tylko robi. Od pogaduszek jest przerwa. Jednak są momenty że ekipa potrzebuje czegoś a wiadomo ze sprzątaczka wie wszystko o domu w którym sprząta, więc może pomóc. I tak oto pytają w języku francuskomigowym, a ja odpowiadam w niderlandzkomigowym i jakoś się dogadujemy. Nagle przerwa, panowie wyjmują kanapki, termosy i zaczynają gadać... PO POLSKU.



W innej czasoprzestrzeni widywałam kilka razy pewnego speca, który pracował sobie samotnie w ogrodzie. On również czasem czegoś potrzebował, a wtedy zwracał się do mnie po angielsku, który to język rozumiem, ale odpowiadam zawsze po niderlandzku. Ważne, by się dogadać. Po jakimś czasie gdzieś tam przypadkiem (bo świat jest mały) zobaczyłam tego samego speca na jakiejś imprezie w polskim towarzystwie nawijającego jak złoto po naszemu.

Podobna heca miała miejsce na kursie niderlandzkiego. Pierwsza lekcja któregoś z wyższych poziomów, nowi ludzie, nikt nikogo nie zna. Robimy ćwiczenie ustne w grupach. Niektóre tematy ćwiczeń wywołują dłuższe dyskusje albo przeradzają się w luźne rozmowy pozwalające się bliżej poznać z klasowymi kolegami. Czasem jednak ciężko się dogadać po niderlandzku, a ktoś coś ciekawego mówi  i szuka się innego wspólnego języka. W tym wypadku było tak, że nie mogliśmy sobie czegoś ciekawego wyjaśnić w poznawanym właśnie języku więc padło pytanie:
- ...uit welke land kom je? (z jakiego kraju przyjechałeś?)
- uit Polen
- no to mów jak człowiek... 

Myślę, że podobnych zabawnych sytuacji doświadcza każdy Polak na emigracji.


Jednak zdarzają się też i inne, jakby odwrotne, gdy ojczysty usłyszymy tam, gdzie się go zupełnie nie spodziewamy.

Taka okoliczność.

Jesteś w obcym kraju od paru dni, czy tam tygodni, nie znasz języka tubylców, jesteś sam lub z drugą podobną ci sierotą i nagle znajdujesz się w potrzebie. No cholera zgubiłeś się, chcesz zapytać o drogę albo nie wiesz jak i gdzie kupić bilet na pociąg, czy inne tego typu trudne momenty. Rozglądasz się wokół z nadzieją, nasłuchujesz, bo a nuż rodaka ujrzysz lub usłyszysz. Ale pech to pech - wokół sami czarnoskórzy, skośnoocy, kobitki w muzułmańskich strojach, znikąd nadziei. Przeklinasz pod nosem, mruczysz na głos inne słowa rozpaczy typu "no i co ja teraz zrobię" a wtedy wydaje ci się, że słyszysz:
- W czymś pomóc?
Rozglądasz się ponownie, by przekonać się, że jednak ci się zdawało, bo otoczenie wciąż to samo. Ale nagle widzisz że to...
tak ten czarnoskóry, skośnooki, Muzułmanka mówią twoim językiem.

Po wyjściu z szoku, uzyskaniu pomocy wdajesz się oczywiście w krótką pogawędkę (bo niezaspokojona ciekawość by się zeżarła przecież) i się dowiadujesz, że zwyczajnie ci ludzie wychowali się albo studiowali w Polsce, albo ta Muzułmanka to  Polka, która  postanowiła przejść na islam. Nie tylko my bowiem emigrujemy i uczymy się obcych języków, innym narodom też się zdarza. Ludzie ciągle się przemieszczają, mieszają, uczą nowych języków, obyczajów, zmieniają swoje przekonania i poglądy. 

Dzięki czemu potem człowiek na każdym kroku się dziwi, ma ubaw albo popełnia gafy.