27 lipca 2017

Ten zakaz telefonów to super sprawa

Połowa wakacji praktycznie minęła. Dzieci większość czasu spędziły w domu syćkie trzy opiekując się sobą wzajemnie. To znaczy prrrr każdy opiekował się głównie swoim komputerem, jak na dzieci XXI wieku przystało. 
słońce chowa się za lasem a ja za trawą

Powiem Wam, że cieszę się wręcz, że sobie siedzą przy kompach, gdy mnie nie ma w domu, bo jakoś tak mniej prawdopodobne wydaje mi się, że coś głupiego im do łba strzeli albo jakaś nieprzygoda się zdarzy. Diaboł nie śpi. Dlatego jak tylko chcą się lampić w ekrany, niech się lampią. Choć one robią sobie przerwy... Poznaję to po tym, że jak wracam do domu po pracy, w kuchni czeka na mnie czasem 5 świeżutkich pachnących ciastek marchewkowych albo jedna (góra dwie) czekoladowa muffinka. Nie wiem, jak to robią, ale wyobraźcie sobie, że w kuchni jest czysto. Znaczy nie, raz przyszłam i zauważyłam, że wszedzie jest cukier. W zlewie jest cukier, na podłodze cukier, pomiędzy urządzeniami mnóstwo cukru, na stole cukier. No ki czart - myślę - M poprzedniego dnia co prawda  wywalił słoik z cukrem, ale natychmiast pościerał i poodkurzał co do okruszka. Nic to, nie wnikam. Tajemnica jednak wyjaśnia się natychmiast jak tylko Młody usłyszał, że matka wróciła - Maaaamoooo, a dziewczyny zrobiły mi watę cukrową! Noooo do maszyny jak się źle sypnie cukier to on jest potem wszędzie, nawet na szafie może być. Kilka dni później wszędzie są mrówki... Taaa, Młody kiedyś się cieszył, że ma wreszcie swoje zwierzątka i że one same do niego przyszły. Naprawdę fascynująca to sprawa tak leżeć sobie na dywanie i przyglądać się jak mróweczki targają dokądś resztki chipsów spod stolika i co dnia ich przybywa.... Tata drań popsikał je czymś i do tego posprzątał miejsce przestępstwa dokładnie z resztek jedzenia i mrówek. No więc pozostaje gapienie się w ekran i hodowanie zwierząt w Wiejskim Życiu albo próby zaprzyjaźniania się z pupilami sióstr. Każda ma swoje zwierzątko - Najstarsza królika, Młoda nimfę - i te stwory też potrafią odciągnąć młodzież od komputerów na dłuższą lub krótszą chwilę. Trzeba wypuścić z klatki, trzeba pogadać do stworzenia, trzeba posprzatać kupy, zmienić wodę, przynieść smakołyka... 

25 lipca 2017

Nagła fascynacja Jezusem - jak nadążyć za własnymi dziećmi?

Jesteśmy rodziną katolicką - mamy te wszystkie sakramenty, w domu symbole katolickie, Biblię (czytaną nawet od czasu do czasu), obchodzimy Boże Narodzenie i Wielkanoc (po swojemu bo po swojemu ale pamiętamy), lubimy i szanujemy tradycje, dzieci uczą się w szkołach katolickich i chodzą na taką religię. Jednak ostatnio nie jesteśmy praktykujący, wiara też raczej pod znakiem zapytania (bardziej szukanie odpowiedzi n/t sensu życia i przywiązanie do tradycji w której się wychowało). Pobożni zdecydowanie, na 100% nie jesteśmy, nie opowiadamy dzieciom o Bogu, nie namawiamy, nie przekonujemy. Dziewczyny chodziły na religię w Polsce i były tam u I Komunii więc musiały nauczyć się tych wszystkich przykazań, zakazań i całej reszty nikomu nie potrzebnych (moim zdaniem) rzeczy. Dzięki temu pewnie dziś nie chcą nawet słyszeć na temat kościoła  i nawet na zwiedzanie ich tam nie zadrze. Ze szkoły chodzą bo nie mają wyjścia, a nawet mówią, że jest fajnie.  Sami też nie chodzimy raczej na msze, bo nam się nie chce. Młody nie miał styczności z kościołem odkąd skończył roczek, bo jakoś się nie składa. Nie będę własnych dzieci przekonywać do czegoś, w co sama nie wierzę  za bardzo. Tu religia w szkole to takie tam pitu pitu o wszystkim i o niczym. Jesteśmy zatem takimi sobie, słabymi katolikami, ale bez wątpienia lubimy zwiedzać kościoły i miejsca kultu, poznawać legendy i historię. To jest ciekawe i fascynujące. Czujemy się też związani z kulturą i tradycjami chrześcijańskimi i nie mamy zamiaru póki co się rozwiązywać ani pozwalać innym się w te nasze kwestie wtryniać.

 Nie dawno pokazywałam tu zdjęcia z wycieczki do Scherpenheuvel. Młodemu się podobało, jak każda wycieczka. Jednak tam zainteresował go Jezus na ogromnym krzyżu. Nadmienię, że nasz synio jest na etapie zadawania pytań i jak go coś zaciekawi to nie ma zmiłuj, czasem kilka tygodni drąży temat (tak było z umieraniem). Teraz pojawił się Jezus. Kto to jest? Co on tam robi? Dlaczego go zabili? Kto to byli ci źli ludzie? Ale dlaczego? A ile on ma lat? A był mały?.... W końcu zostawiliśmy Jezusa i poszliśmy dalej. No ale to była Droga Krzyżowa i zaraz zauważył kolejną stację. Co oni tu robią? Kto to jest? Dlaczego?.... Dobrze, że Tata obcykany w stacjach Drogi Krzyżowej to doszliśmy do bazyliki w końcu. Tam też obrazów i rzeźb nie brakowało.

Wróciliśmy do domu i okazało się, że ta dekoracja z salonu już nigdy nie będzie zwykłą dekoracją. To jest przecież Jezus - człowiek, który był dobry i wszystkim pomagał, ale źli ludzie go zabili. Obraz w sypialni przypomniał też historię opowiadaną podczas Bożego Narodzenia i mała główka szybko połączyła fakty, ale na wszelki wypadek się upewnił. A ten dzidziuś to kto? A ta pani obok niego to jego mama Maria...? Koło szkoły też jest krzyż duży. Ostatnio go malowali i znowu pojawiło się wiele pytań o Jezusa. Niesamowite, jak zafascynowała go ta postać.